|
Dążenie do ideału piękna przejawiącego się przykładowo w
postaci wielobarwnego dźwiękowego kobierca orkiestry symfonicznej, harmonicznej
nieskazitelności Bachowskich fug, czy też kantylenowego brzmienia głosu
wokalisty sprawia, że mimo wszystko staje się tym, czym warto żyć i gdyby użyć
języka poezji - „oddychać nią i zatracać się w niej każdego dnia”.
Tarnowskie Góry to miasto o bogatych i żywych tradycjach muzycznych, budowanych
przede wszystkim przez wielopokoleniowy, zróżnicowany w środkach artystycznej
wypowiedzi ruch amatorski. W tym roku jubileusz 85. lecia działalności, obchodzi
Okręg tarnogórski Polskiego Związku Chórów i Orkiestr. To jedno z najstarszych
stowarzyszeń muzycznych o zasięgu ogólnokrajowym, istniejące od pierwszych lat
XXw., zrzesza w swoich szeregach amatorów śpiewaków i instrumentalistów.
Szczególnie dynamiczny w ilości działających, różnorodnych w swym charakterze
zespołów, organizacji życia muzycznego jest Oddział Śląski, a w tym Okręg
jubilat.
W szeroko rozumianym pojęciu kultury muzycznej zawiera się działalność
instytucji, placówek ją promujących, a także artystyczna aktywność zawodowego
środowiska muzyków. W historii naszego miasta, a szczególnie ostatnich
dziesięcioleci nie brak osobowości twórców, kompozytorów, pedagogów dla których
muzyka to nie tylko profesja lecz swoisty „spiritus movens”. W pamięci
tarnogórzan pozostały zapewne koncerty organowe Ernesta Koja, postacie Karola
Brewko, Jana Walisko, Jerzego Golka, Tadeusza Spyry. Utwory Aleksandra
Glinkowskiego, tarnogórzanina, pedagoga Akademii Muzycznej w Katowicach
uhonorowane były licznymi nagrodami międzynarodowych konkursów kompozytorskich.
Nie sposób pominąć, w tej li tylko pobieżnie zasygnalizowanej i wymagającej
odrębnego opracowania problematyce, postaci kompozytora, społecznika, od pokoleń
związanego z miastem - Józefa Szweda.
Urodził się w rodzinie, w której muzyka była jej nierozerwalnym elementem -
towarzyszyła codziennym obowiązkom, pracy i rodzinnym spotkaniom. Ojciec
Wincenty, był gitarzystą zespołu mandolinowego, działającego w ramach Rodziny
Kolejowej. Z wielką przyjemnością oddawał się także muzykowaniu na skrzypcach i
wiolonczeli. Wprowadzał syna w świat materii muzycznej, w skomplikowaną
harmonikę, rytmikę, uwrażliwiał na jej piękno. A materiał był podatny -
absolutny słuch, przejawiane przez młodego adepta zaangażowanie i predyspozycje
sprawiły, że zadecydowano o jego dalszej edukacji muzycznej. Regularna nauka
odbywała się początkowo u Józefa Próby, póżniej Romana Hattwicha - przekazywali
mu wiedzę z zakresu przedmiotów teoretycznych, uczyli gry na fortepianie.
Okupacja przerwała na krótki czas naukę, w 1943r. podjął ją w bytomskiej Szkole
Muzycznej, mieszczącej się wówczas przy ul. Dworcowej. Prowadzona przez
niemieckich nauczycieli, slynąca z bardzo wysokiego poziomu kształcenia,
przygotowywała do zawodu organistów i nauczycieli muzyki. Naukę trzeba było
godzić z pracą, poznawaniem i uczeniem się rzemiosła muzycznego w praktyce.
Wakat na stanowisku organisty w tarnogórskim kościele św. ap. Piotra i Pawła (do
1943r. funkcję tę piastował Ernest Koj, w tym samym roku został zmobilizowany do
armii niemieckiej) spowodowal, że ówczesny gospodarz parafii ks.Strzybniok
zatrudnił 14 - letniego wówczas, domorosłego muzyka. Mimo niewielkiego
doświadczenia w grze na organach, instrumencie niezwykle trudnym w samej
technice gry i pozostałych, innych w swym charakterze obciążeniach takich jak
np. umiejętności akompaniamentu do liturgi, okazało się, że owa młodzieńcza
muzyczna „przygoda”, przerodziła się w życiową pasję. Przez długie lata bowiem,
obok pracy twórczej, pedagogicznej Józef Szwed z wielkim zamiłowaniem oddawał
się grze na organach, szczególnym sentymentem darząc te, od których wszystko się
zaczęło.
W 1949r. matura w „Staszicu” i przyjaźnie, które trwają po dzisiejszy dzień, a
ich konkretyzacją są obchodzone kolejne jej rocznice. W gronie dawnych
abiturientów spotykają się nietuzinkowe osobowości - profesor prawa kanonicznego
ks. Remigiusz Sobański, lekarze - Marian Dekiel, Ryszard Smołka, adwokaci,
lekarze weterynarii.
Z początkiem lat 50., Józef Szwed podjął studia w Państwowej Wyższej Szkole
Muzycznej na Wydziałach Wychowania Muzycznego oraz Teorii i Kompozycji w
Katowicach (miasto nosiło wtedy nazwę Stalinogród). Grono pedagogów stanowili
wówczas muzycy o międzynarodowym uznaniu, w tym kompozytorzy, których historia
muzyki określi mianem „śląskiej szkoły kompozytorskiej” - Artur Malawski,
Bolesław Szabelski, Bolesław Woytowicz. Lekcje kompozycji, których istotą jest
proces twórczy, w tym odniesieniu - kreacja dzieła muzycznego oparta o określone
kanony stylistyczne, formalne - to podstawa kształcenia. W procesie dydaktyki
muzycznej, opartej w większości działań na jedynej w swoim rodzaju relacji
„mistrz - uczeń”, zetknąć się mogą dwie indywidualności twórcze, dla których
muzyka, to wyzwanie, namiętność i tworzywo artystycznej, a zarazem indywidualnej
wypowiedzi. Nauka, początkowo u A. Malawskiego, póżniej B.Szabelskiego,
wielogodzinne dyskusje o procesie twórczym i jego konkretyzacja w postaci
szkiców, partytur niezliczonej ilości utworów sprawiły, że kompozycja stała się
dla Józefa Szweda wyznacznikiem, sensem życia.
To „związanie” z muzyką cechowało kolejne lata jego życia - służba wojskowa w
charakterze kapelmistrza orkiestry pułku, opracowania i kompozycje na ten
specyficzny w składzie zespół.
Od 1956r. praca w bytomskiej Operze Śląskiej na stanowisku korepetytora i okres
fascynacji scenicznymi interpretacjami, atmosfera wielkiego świata operowych
primadonn i premierowych spektakli. Był to czas świetności teatru - swoje
pierwsze kroki na jego deskach stawiał jeden z najwybitniejszych barytonów XXw.
Andrzej Hiolski. Obsady spektakli tworzyli soliści reprezentujący wysoki poziom
wokalnego kunsztu, a swoistym tego stanu probierzem były wystawienia
Wagnerowskiego „Holendra tułacza”, dzieła niełatwego i nieczęsto wykonywanego w
teatrach.
Spektakl to implikacja pracy zespołowej, w której partycypuje niemal cały
personel - począwszy od inspicjenta, skończywszy na śpiewaku czy dyrygencie.
Swój w nim udział ma także korepetytor, który przygotowuje wokalnie solistów lub
chór, ucząc takt za taktem poszczególnych partii. Jest to więc przysłowiowa
„praca od podstaw”, wymagająca wysokich kwalifikacji pianistycznych, znajomości
materii muzycznej przygotowywanego dzieła, a także możliwości ludzkiego głosu,
dobrego słuchu.
Równolegle do działań w tej sferze, ówczesny dyrektor artystyczny teatru
Włodzimierz Ormicki, powierzał mu dyrekcję szeregu dzieł scenicznych. Debiut
dyrygencki odbył się w 1963r. wystawieniem „Werthera” Juliusza Massenet’a.
Batuta dyrygencka, ofiarowana przez wykonawców po spektaklu, była symbolicznym i
szczególnym dowodem uznania dla prowadzącego.
Wystawienie dzieła scenicznego, a szczególnie opery, to niezwykle skomplikowany
i wielopoziomowy proces, nad którym pieczę sprawuje dyrygent. Zależnie od
koncepcji konstrukcyjno/formalnej dzieła i wielu innych elementów, zgodnie z
zapisem partyturowym (który musi znać niemal na pamięć), prowadzi akompaniament
orkiestry, wskazuje tzw. „wejścia” solistom, chórom. I nierzadko zdarza się, że
musi kierować ogromnym aparatem wykonawczym. Rola to więc niełatwa, wymagająca
określonych predyspozycji, w tym także muzycznych, niemałą rolę pełnią tutaj
również cechy osobowościowe.
Po udanym debiucie, w dorobku dyrygenckim Józefa Szweda znalazły się między
innymi opery takie jak: „Zemsta nietoperza” J. Straussa, „Cyrulik sewilski” G.
Rossiniego, „Don Carlos” G.Verdiego, „Poławiacze pereł” G. Bizeta.
W 1968r. zaczął się nowy rozdział w jego życiu - dydaktyka, początkowo na
kierunku, którego był absolwentem, a później na nowopowstałym Wydziale jazzu i
muzyki rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach. Pod jego opieką przyszli
aranżerzy uczyli się instrumentacji i sporządzania partytur na różnego rodzaju
zespoły muzyczne, w tym big-bandy. Doświadczenie i znajomość specyfiki orkiestry
dętej, zespołu charakterystycznego szczególnie dla Śląska, sprawiły, że przez
kilka lat szefował utworzonym na uczelni studium.W jego ramach uczył
dyrygowania, kompozycji i instrumentacji, wykształcił kadrę kapelmistrzów. Miał
opinię pedagoga wymagającego, często krytycznego w ocenie twórczych poczynań
swoich studentów. Lecz jego otwartość, życzliwość, a przede wszystkim ogromna
wiedza muzyczna i doświadczenie sprawiały, że dla wielu z nich był
niekwestionowanym autorytetem, darzonym wielką estymą.
Równolegle do pracy zawodowej, z początkiem lat 70. Józef Szwed podjął
współpracę z Oddziałem Śląskim PZCHiO w Katowicach. Działalność organizacyjna
(mająca społeczny charakter), obligowała go do merytorycznej opieki nad
orkiestrami dętymi. W czasach prosperity górnictwa, niemal przy każdej śląskiej
kopalni działały tego typu zespoły. Z wielkim więc zaangażowaniem oddawał się
animacji ich działalności, poprzez organizację rożnego rodzaju imprez muzycznych
o charakterze regionalnym i ogólnopolskim, dbał o wysoki poziom artystyczny. Był
jednym z niewielu specjalistów w kraju, zajmujących się problematyką orkiestr
dętych. Nie stronił przy tym od kompozycji - w jego dorobku bowiem, poczesne
miejsce zajmują utwory przeznaczone właśnie na nie. W dowód uznania za
działalność społeczną i kompozytorską, PZCHiO honorowało go licznymi
odznaczeniami.
W 1999r. otrzymał Nagrodę Burmistrza Tarnowskich Gór za dokonania w dziedzinie
kultury, władze miasta uczciły również 50. rocznicę jego działalności
kompozytorskiej. Uroczystości towarzyszył koncert, zaproszonych przez gospodarzy
sześciu orkiestr dętych.
Nie sposób, w krótkim artykule podjąć próbę systematyzacji dorobku artystycznego
Józefa Szweda - na jego twórczość składają się wielorakie formy muzyczne,
począwszy od opery, poprzez koncerty instrumentalne, po muzykę rozrywkową, czy
chóralną. Szereg jego kompozycji ocenianych na ogólnopolskich i międzynarodowych
konkursach, plasowało się na pierwszych lub drugich miejscach.
Historia jego życia toczy się dalej, pomimo emerytury pozostaje nadal aktywny. W
jednym z wywiadów, udzielonych dla „Dziennika Bytomskiego” stwierdził : „dla
mnie komponowanie to potrzeba i nałóg. Nie umiem żyć bez tego. Nie ma dnia,
żebym nie miał czegoś do roboty na moim biurku”.
dr Elżbieta Szwed
|