|
Znajomość budowy organów, tak przecież skomplikowanej i misternej konstrukcji
piszczałek, miechów, registrów, manuałów i ich możliwości brzmieniowych - to
kolejne, niezbywalne cechy tego instrumentalisty. Najczęściej kojarzymy ich z
liturgią, to oni oczarowują majestatycznym brzmieniem Bachowskich fug, często
swoją wirtuozerią, ich gra sprzyja nabożnemu skupieniu. W kronikarskich zapisach
ksiąg parafialnych można znaleźć o nich najczęściej jedynie lakoniczne
informacje. Przychodzą i odchodzą lecz zdarza się, że pozostają na długo we
wdzięcznej ludzkiej pamięci.

Fot.Rodzina Ernesta Koja. Od lewej: córki Ludwika i Iwona,
żona Ernestyna, syn Michał, Ernest Koj i córka Dorota
23 czerwca 1929r. wierni parafii św.ap.Piotra i Pawła w Tarnowskich Górach byli
świadkami historycznego wydarzenia. W asyście ks.bpa katowickiego Z. Lisieckiego,
częstochowskiego K. Kubiny oraz ówczesnego gospodarza parafii ks.prałata M.Lewka,
odbywała się uroczystość poświęcenia nowych organ. Instrument wybudowała
włocławska firma braci Biernackich - był on jednym z nielicznych na Śląsku,
który sporządzony został przez polskich organmistrzów. Uroczystości towarzyszył
koncert z udziałem Feliksa Nowowiejskiego, znanego kompozytora, organisty i
pedagoga Konserwatorium w Poznaniu.
Brak literatury źródłowej nie pozwala na ustalenie listy i sprecyzowanie danych
osobowych, grających w okresie międzywojnia organistów. Wiadomo jedynie, że na
kilka lat przed wybuchem wojny funkcję tę pełnił Leon Grabiec, natomiast od
połowy listopada 1939r. - Ernest Koj.
Nawet pobieżna lektura noty biograficznej (za udostępnienie której, składam
serdeczne podziękowania Rodzinie) bytomianina z urodzenia lecz tarnogórzanina z
wyboru, predystynuje do stwierdzenia o wyjątkowym życiu i niepowtarzalnej
osobowości. Ponadto, gdyby podjąć próbę oceny, życiorys E. Koja stałby się bez
wątpienia osnową powieści lub scenariusza filmowego.
Urodził się 29 grudnia 1908r. w polskiej rodzinie o żywych tradycjach
patriotycznych. Ojciec Aleksander był aktywnym działaczem Komitetu
Plebiscytowego, współpacował z Wojciechem Korfantym. Zapewne atmosfera
rodzinnego domu wpłynęła na decyzję o tym, aby podjąć naukę w tarnogórskim
Seminarium Nauczycielskim, mieszczącym się wówczas przy ul.Opolskiej.
Dydaktyka stała się swoistym spiritus movens w jego życiu - erudycja, w tym
niepospolity talent muzyczny i lingwistyczny sprawiły, że miał opinię
nauczyciela o szerokich horyzontach, wymagającego i uczącego pokory wobec
materii, z którą trzeba było się zmierzyć. Gościnne podwoje jego domu
pozostawały otwarte dla uczniów mimo emerytury, później ciężkiej choroby i
inwalidztwa.
Okres międzywojnia, to czas wzmożonej aktywności zawodowej (w międzyczasie odbył
slużbę wojskową w Szkole Podchorążych w Śremie i 11. Pułku Piechoty w
Tarnowskich Górach) - obok dydaktyki w dwóch szkołach publicznych (nr 2, nr 4),
w 1931r. podjął współpracę z Towarzystwem Muzycznym im. Adama Mickiewicza.
Dotychczasowa prężna działalność Towarzystwa, zorganizowanego na zasadach ruchu
amatorskiego, grupującego w swoich szeregach chórzystów, aktorów, muzyków -
słabła. Konflikty powstałe w łonie samego Zarządu powodowały pogłębianie się
impasu - planowano samorozwiązanie. Lecz aktywni jego działacze, świadomi
kulturotwórczego znaczenia Towarzystwa, działań podejmowanych na rzecz
społeczności miejskiej, zadecydowali o reaktywacji. Decyzją walnego zebrania
powołano nowy Zarząd, na czele którego stanął Jan Powała. Do współpracy w
charakterze dyrygenta zespołu chóralnego, zaproszono młodego wówczas, 23
letniego Ernesta Koja. Na efekty poczynionych zmian nie trzeba było długo czekać
- sekcja teatralna zaczęła zdobywać uznanie publiczności wystawieniami widowiska
folklorystycznego „Skalmierzanki” J. Buszny’ego, chór uhonorowany został
prestiżową, drugą nagrodą na konkursie Okręgu tarnogórskiego Śląskiego Oddziału
Chórów i Orkiestr.
W 1932r. E.Koj zaangażował się również w prace nowopowstałego Towarzystwa
Muzycznego im. Stanisława Moniuszki. Z przekazów wiadomo jedynie, że w jego
strukturze organizacyjnej istniał zespól orkiestrowy. Jak można przypuszczać, w
swojej działalności koncertowej prezentował wysoki poziom artystyczny - jako
jeden z nielicznych tego typu zespołów, dokonywał nagrań dla Rozgłośni Polskiego
Radia w Katowicach. Jego pierwszym koncertmistrzem, aż do chwili zaprzestania
działalności Towarzystwa w 1939r., był Ernest Koj. Z równym pietyzmem oddawał
się pracy społecznej, jako bibliotekarz Towarzystwa Czytelni Ludowych, prowadził
także kursy czytania i pisania dla żołnierzy.
Aktywność zawodową przerwał wybuch II wojny - z końcem sierpnia 1939r. został
zmobilizowany i wcielony do I Pułku Strzelców Podhalańskich. Kampania wrześniowa
kończyła się dla niego jak i wielu innych, niezwykle dramatycznymi wydarzeniami.
Wobec przeważającej i wręcz miażdżącej siły wojsk niemieckich, niedaleko Lwowa
(w miejscowości o nazwie Brzuchowice) żołnierze I Pułku dostali się do niewoli i
przewieziono ich do obozu jenieckiego w Łambinowicach.
Obozowe życie nadwątliło zdrowie E. Koja - schorowany, w połowie października
wrócił do Tarnowskich Gór, aby w miesiąc później objąć stanowisko organisty w
kościele św.ap. Piotra i Pawła. I wydawałoby się, że mimo wojny jego życie
będzie spokojniejsze - wszak założył rodzinę, mógł cieszyć się obecnością swoich
dwóch córek, oddawać pasjom, z których jedna była bardzo szczególna - gra na
skrzypcach.
Lecz wojna upomniała się o niego po raz wtóry - tym razem wezwaniem
mobilizacyjnym do wojska niemieckiego w 1942r. Podzielił los wielu Ślązaków, w
toczącej się wojennej, brutalnej rzeczywistości - historia zataczała koło. Obozy
jenieckie, koncentracyjne, zesłania na przymusowe roboty, a później wcielenie do
armii okupanta.
Sierpień 1945r.- czas powrotu do domu, w którym nie było go przez trzy długie
lata. Budowanie codziennej rzeczywistości i powrót do tego, co było jego pasją -
do muzyki i pedagogiki. Odniesione rany postrzałowe lewego przedramienia,
zniweczyły marzenia o grze na skrzypcach lecz z wielką radością powrócił do gry
na organach. Kościół św.Piotra i Pawła rozbrzmiewał często wspaniałym ich
brzmieniem, niemal każde nabożeństwo wieńczył koncert. Nawet niewprawne
muzycznie ucho słuchacza, w tym wielobarwnym kobiercu dźwięków, potrafiło
wyłowić ten jedyny w swoim rodzaju magnetyzm, wręcz wyczuwalną namiętność i
niezwykłą wrażliwość grającego.
W 1950r. podjął również pracę w tarnogórskiej Państwowej Szkole Muzycznej, w
której nauczał przedmiotów teoretycznych. Zajęcia z kształcenia słuchu,
niełatwej przecież dla młodego adepta, sztuki różnicowania wysokości dźwięków,
interwałowych współbrzmień, dyktand melodycznych, rytmicznych prowadzone były
przez niego z niezwykłą swadą i zaangażowaniem. Przedmiot, który u niejednych
uczniów powodował przysłowiowy „dreszcz trwogi”, wydawał się być nie do
„ogarnięcia”, stawał się jednym z wielu. Absolutny słuch, pamięć muzyczna i
szeroka wiedza, którą chętnie dzielił się z podopiecznymi sprawiała, że każde
spotkanie z nim zapadało głęboko w pamięć.
Praca w szkole mogła również jakoś zabezpieczyć materialny byt jego rodzinie (
po wojnie urodziła się kolejna córka i syn ) - w tamtych czasach sytuacja,
podobnie jak w wielu innych śląskich domostwach nie była dobra.
Z końcem lat 60. zaczął podupadać na zdrowiu - dramatyczne przeżycia lat
okupacji, wieloletnia, wytężona praca najczęściej nierekompensowana należytym
odpoczynkiem, zintensyfikowała procesy chorobowe. Rozwijająca się choroba
Burgera w implikacji spowodowała konieczność amputacji nogi, niwecząc tym samym
dalsze perspektywy grania na organach. Po niemal trzydziestujeden latach, w
1973r. Ernest Koj rozstawał się na zawsze z organami.
Lecz nie z muzyką - chociaż przykuty do inwalidzkiego wózka, spotykał się ze
swoimi uczniami, prowadził lekcje gry na fortepianie,wprowadzał młodych adeptów
w świat muzyki organowej. Wykorzystywał również swój talent lingwistyczny,
dzieląc się z nimi znajomością języka niemieckiego, francuskiego, angielskiego i
włoskiego.
Był aktywny do końca swoich dni - zmarł 21 stycznia 1986r.
Pozostał w pamięci bliskich i tych, którzy mieli szczęście obcowania z nim, jako
człowiek niezwykle skromny, życzliwy, otwarty na świat i ludzi.
dr Elżbieta Szwed
|