|
Kulturalne memento
Starsi tarnogórzanie pamiętają czasy, kiedy to nasze miasto należało do
wyróżniających się ośrodków kulturalnych w regionie. Kulturę wyczuwało się na
każdym kroku. Począwszy od czystych ulic, zadbanego parku i skwerków, poprzez
wysoki poziom dyskusji w „Inter-Clubie”, „Czwartków Tarnogórskich”, spotkań „Pod
renesansowym stropem”, po wykwintny posiłek w renomowanym „Sedlaczku”.
|
|
Wiele lat społecznej działalności garstki zapaleńców zaowocowało stworzeniem
imponującej bazy kulturalno-turystycznej. Powstało Muzeum, źródłem wielu
publikacji i opracowań stało się Archiwum Miejskie w zabytkowej kamienicy.
Kopalnia Zabytkowa i Sztolnia Czarnego Pstrąga od momentu otwarcia stała się
atrakcją na miarę ogólnopolską. Wydarzeniem tak samo wyjątkowym były „Dni
Tarnogórskich Gwarków”. Te i inne inicjatywy społeczne – oryginalne, wyjątkowe -
już wtedy na skalę europejską, znajdowały ujście i oprawę organizacyjną w
Stowarzyszeniu Miłośników Ziemi Tarnogórskiej – jednym z pierwszych stowarzyszeń
regionalnych w Polsce, a przez skalę swoich dokonań i posiadaną bazę, na pewno
czołowym. Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku mieszkańcy
zadymionych miast GOP-u spoglądali na Tarnowskie Góry z uznaniem i z zawiścią.
Podobną estymą cieszyły się: Cieszyn (pamiętamy telewizyjny pojedynek z tym
miastem w Turnieju Miast), Pszczyna, może jeszcze Racibórz.
Co nam zostało z tamtych lat? 15 lat samorządności, mówiąc oględnie, kulturze
się nie przysłużyło. Władze pochłonięte trafionymi lub nietrafionymi
inwestycjami (oczyszczalnia ścieków, wysypisko śmieci, park wodny), na kulturę
przeznaczały coraz mniej środków i uwagi. „Sedlaczek” przejęła ajentka,
organizację „Gwarków” przekazano firmie z Opola. Przynajmniej jednak starały się
zachować tzw. „substancję kulturalną” – mówiąc prościej – bezproblemowe
funkcjonowanie kultury mierzonej ilością filii bibliotecznych i świetlic. Szkód
specjalnych nie wyrządzono, nic ciekawego jednak też nie powstało. Czyż muszę
dodawać, że po tym okresie porównywanie się z wcześniej wymienionymi miastami, a
także z Tychami, Rybnikiem, Żorami i Mikołowem jest dla nich obraźliwe?
Pewne ożywienie w życiu kulturalnym przyniosło otwarcie prywatnych galerii
(„Inny Śląsk”, „Pod-Nad”) i lokali organizujących koncerty muzyczne („Stodoły” w
Zbrosławicach, później „Wiśniowy Sad”). W galeriach oprócz znaczących wydarzeń
plastycznych wysłuchać można było muzyki w wykonaniu naprawdę czołowych
artystów, obejrzeć ciekawe filmy i wziąć udział w dyskusji. W nich odbywały się
imprezy w ramach „Górnośląskiego Festiwalu Kameralistyki” Gdyby nie one, nazwa
Tarnowskie Góry nie pojawiłaby się w żadnym notatniku kulturalnym, a artyści i
muzycy z wolna zapominali by, że takie miasto istnieje.
Wielkie nadzieje na ożywienie życia kulturalnego wywołał fakt przejęcia przez
miasto pałacu w Rybnej. Jako już wtedy Dom Pracy Twórczej Stowarzyszenia
Polskich Artystów Muzyków „przeniknięty” był muzyką i mógł liczyć na koncerty
najwybitniejszych. Wiele jednak trudu, stwarzania odpowiedniej atmosfery,
wykazania się predyspozycjami na najwyższym poziomie trzeba było, by
zorganizować w pałacu festiwal muzyki kameralnej z jednym z najlepszych zespołów
w kraju w roli gospodarza. Jak podkreślają muzycy z Kwartetu Śląskiego – fakt,
ze festiwal „Kwartet Śląski i Jego Goście” mógł obchodzić w zeszłym roku
10-lecie, zależał nie tylko od wysokiego poziomu wykonawców i rangi
przybywających gości, lecz także od specyfiki miejsca - wspaniałej, prawdziwie
rodzinnej atmosfery panującej w pałacu. Żadne z poważniejszych pism
ogólnopolskich (!) nie pominęło w swych kalendarzach kulturalnych Rybnej pod
Tarnowskimi Górami. W wywiadach oraz na okładkach swych płyt, wyróżnianych
najpoważniejszymi nagrodami, członkowie Kwartetu Śląskiego wymieniają Rybną i
nasze miasto. Krótko mówiąc: w naszym mieście znów pojawiła się kultura przez
duże „K”. I cóż się dalej dzieje? Najpierw prowadzi się jakieś zakulisowe
podchody, których rezultatem jest niespodziewane i obcesowe wypowiedzenie pracy
dyrektorce pałacu . Oczywiście Kwartet Śląski w piśmie pełnym słów słusznego
oburzenia zrywa wszelkie kontakty z pałacem i miastem. Teraz wystarczy tylko
sklecić w radzie miasta potrzebną większość i przystąpić do sprzedaży.
Argumentacja, że miastu potrzebne są pieniądze wydaje się przecież nie do
zbicia. Protestów można się było spodziewać jedynie ze strony garstki
zmanierowanych miłośników kameralistyki. Zdrowa część społeczeństwa z pewnością
pochwali przeznaczenie pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży na bardziej konkretne
cele.
Okazało się, że przeciwników sprzedaży pałacu, czyli ludzi, dla których kultura
nie jest pustym słowem jest zdecydowanie więcej. Dostrzegają oni katastrofalny
już stan kultury w naszym mieście i obserwują działania, które (wydawać by się
mogło, że to niemożliwe) tę sytuację jeszcze pogarszają. Przywołać bowiem należy
inne decyzje aktualnych władz. Szacowną już naszą instytucję – Muzeum –
pozostawiono samej sobie wobec nabywcy „Sedlaczka”. Nie zagwarantowano
podstawowych warunków funkcjonowania tej placówki (kwestia korzystania z szatni
i holu, bezpieczeństwa zbiorów). Nie chciałbym dożyć tej chwili, kiedy to –
wobec niemożliwych do przezwyciężenia zatargów z właścicielem parteru i dalszych
cięć w budżecie muzeum, pod znakiem zapytania stawiających sens dalszego jego
istnienia – sale wystawowe przekształcą się w sale bankietowe, a atrakcją
zabytkowego budynku przy Rynku będą „noclegi pod renesansowym stropem”.
Sytuacja (a raczej układ w radzie miejskiej) jest taka, że na poprawę liczyć nie
można (cały czas mówię o kulturze i broń Boże nie chcę pomniejszać niewątpliwych
osiągnięć Pana Burmistrza w innych dziedzinach). Wymaga jednak od nas, by
szczególnie uważnie przyglądać się poczynaniom władz. Decyzje bowiem, które
ostatnio są podejmowane należą do kategorii radykalnych, nieodwracalnych i
delikatnie mówiąc - kontrowersyjnych. Niewiele co prawda można już zrobić.
Powinniśmy jednak nosić w pamięci nazwiska tych, którzy głosowali za takimi
rozstrzygnięciami. Jeśli nie opowiadamy się za opisaną wyżej wizją rozwoju
miasta (wszak kultura i turystyka to wiodące domeny w strategiach rozwoju miasta
i powiatu), to wystarczy podczas następnych wyborów odpowiednio postawić
krzyżyk. Cokolwiek bowiem by nie powiedzieć: nikt głowy nie chował w piasek.
Każda sprawa jest sygnowana konkretnym nazwiskiem. Każdy za swą decyzję ponosi
lub powinien ponieść odpowiedzialność.
Jan Hahn
|