|
Urodził się wprawdzie w Rybniku, ale wychowywał i uczył się w Tarnowskich
Górach, gdzie ukończył neoklasyczne gimnazjum. Z tym, że nie szkołę - choć dobrą
- najchętniej z tamtych lat wspominał.
Jego życie cechowała bowiem zawsze, jak pisał po latach: „próba ucieczki od
sformalizowanych i bezowocnych systemów urzędowych, do środowisk nacechowanych
autentyzmem, tętniących życiem i owocnych” a szkoła nie była dla niego takim
środowiskiem. Gdzie go zatem szukał. Pisze dalej: „Przed wojną, w latach pobytu
w szkole średniej, była to ucieczka w ruch harcerski. Szkoła znajdowała się na
drugim planie, jako pewna konieczność, której trzeba było się poddać i której
program należało zaliczyć. W centrum zainteresowania zaś była fascynująca
przygoda harcerska ze swoim programem wychowawczym, zawartym w przykazaniu
harcerskim, ze swoją metodą wychowania rówieśniczego, systemem małej grupy -
zastępu, wychowaniem metodą gry wzbudzającej inicjatywę i aktywność, ze swoją
obrzędowością i bliskim kontaktem z przyrodą oraz ideą rycerskiej służby wobec
bliźnich.” Pracował wówczas nad sobą, kształtował swój charakter sposobami jakże
typowymi dla ówczesnego harcerstwa - przez ćwiczenia woli, trening ducha i
ciała.
Nie był przesadnie religijny, raczej wówczas nie zastanawiał się nad tymi
sprawami, był natomiast niezwykle aktywny, energiczny, ruchliwy. Opowiadał o
jednej z prób, jaką sobie zadał. Postanowił któregoś dnia, że przejdzie wzdłuż
przez cały park w Tarnowskich Górach...... ale po drzewach, jak wiewiórka, nie
schodząc na ziemię.
Przeszedł. Trzeba przyznać, że miał fantazję... Zresztą jakże symboliczne było
to ćwiczenie, choć nie mógł wówczas tego przewidzieć - przez całe swoje życie
miał przedzierać się przez gąszcz kłujących gałęzi, zawsze ryzykując upadkiem,
ale za to swoją własną drogą, jakże daleką od przyziemnych, wydeptanych ścieżek
innych ludzi. I jeszcze pociągał za sobą innych w te podniebne harce.
Jakoś nie spadł, choć parę razy niewiele brakowało.
Zdążył przed wybuchem wojny, odsłużyć podchorążówkę, ale - jak wspomina -
„służba wojskowa była doświadczeniem negatywnym, jako zetknięcie się z
bezsensownym, w moim odczuciu, systemem tresury”.
Kampanię wrześniową odbywa w składzie 11. Pułku Piechoty z Tarnowskich Gór, do
którego otrzymał powołanie. Na krótko dostaje się do niewoli, ale już w
październiku wraca na Śląsk. Od samego początku pracuje w konspiracji. To
zrozumiałe - jego niespożyta energia musiała go tam skierować. Jest komendantem
Polskiej Organizacji Partyzanckiej na miasto Tarnowskie Góry. Nie trwa to długo.
Już wiosną 1940r. musi uciekać przed Gestapo. Dopadają go w Zawichoście k.
Sandomierza. Po krótkim śledztwie trafia do Oświęcimia jako więzień nr. 1201.
Jak niezwykłego hartu ducha i ciała wymagało wytrzymanie w obozie 14 miesięcy, z
których większość - jak zawsze niepokorny - spędził w Strafkompanie, kompanii
karnej. Niewielu skazanych potrafiło przetrwać 4,5 miesięczny okres kary w tej
specjalnej, szczególnie ciężkiej formacji. Blachnicki przeżył dwa takie okresy.
Prawie miesiąc przebywał w bunkrze, tym samym, w którym zginął św. Maksymilian.
SS-man, który go tam zamykał, zapewniał go , że stamtąd już nie wyjdzie. Pomylił
się - jak wielu później, którzy przepowiadali ks. Blachnickiemu jak najgorszą
przyszłość.
We wrześniu 1941r. ks. Franciszek Blachnicki opuszcza obóz. Ale nie wychodzi na
wolność, jak sugerowała po latach wroga mu propaganda, insynuując, że w zamian
za wolność musiał zgodzić się na współpracę z Gestapo. W rzeczywistości nie
miałby nawet gdzie współpracować, bo o żadnym uwolnieniu nie było mowy.
Przewieziony do więzienia śledczego w Katowicach, zostaje skazany w marcu 1942r.
na karę śmierci przez ścięcie gilotyną - tu, przy ulicy Mikołowskiej, w tym
samym więzieniu w którym stracono hm Józefa Pukowca i tylu innych.
Po raz drugi stanie przed sądem po dwudziestu latach w tym samym gmachu, choć
wyrok ogłoszony w imieniu Polski Ludowej nie będzie tak surowy. Cztery i pół
miesiąca czeka na wykonanie wyroku. To był z pewnością najtrudniejszy okres w
jego życiu. Nie załamał się jednak - więcej: właśnie wówczas podjął przełomową
decyzję.
Czekając na egzekucję doznał łaski nawrócenia, „moje życie nie należy już do
mnie - stwierdził - więc ofiaruję je Bogu”. Bóg musiał przyjąć ofiarę więźnia,
bo oto niespodziewanie w lecie 1942r. przychodzi ułaskawienie. Kara śmierci
zostaje zamieniona na 10-letnie więzienie „po zakończeniu wojny”. Do 1945r.
Blachnicki wożony jest z więzienia do więzienia i z obozu do obozu, ale to nawet
jeszcze nie jest kara - to tylko oczekiwanie na „odsiadkę” po wojnie. Na
szczęście w kwietniu 1945r. uwalniają go Amerykanie. Jest wówczas ciężko chory i
skrajnie wyczerpany. Umarłby pewnie w obcym kraju, gdyby nie odszukała go
siostra. Wykurowany, odżywiony, wraca na Śląsk. Jest to już jednak inny
człowiek, Sługa Chrystusowy, gotów oddać wszystko co ma pełniąc służbę Bogu i
Polsce i niosąc chętną pomoc bliźnim. Obrał drogę swego świętego Patrona.
Konsekwentny we wszystkim co robił, wytrwał w niej do końca. Studia na Wydziale
Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego kończy w 1950r. i w tym roku, jako
absolwent Śląskiego Seminarium Duchownego w Krakowie, otrzymuje święcenia
kapłańskie z rąk Biskupa Katowickiego Stanisława Adamskiego.
Z dekretem wikarego trafia do parafii św. Marii Magdaleny w Tychach.
Skuteczność i niebywały zasięg oddziaływania (setka samych tylko ministrantów),
w dodatku w środowisku „awangardy narodu”, wielkoprzemysłowej klasy robotniczej,
która według obowiązującej wówczas ortodoksyjnej doktryny leninowskiej miała w
szybkim tempie odchodzić od religii jako „burżuazyjnego przeżytku”, zaniepokoiły
władze. Dlatego, gdy zachorował ciężko na zapalenie płuc[skutki więzienia] i
musiał się leczyć w szpitalu, wykorzystano to i już nie wrócił do parafii. Aż do
przewrotu październikowego był przerzucany z parafii do parafii, nigdzie nie
pozwolono mu zagrzać miejsca i nawiązać kontaktów. Był to bowiem okres (1952
-1956) wygnania biskupów, diecezją katowicką rządzili dyspozycyjni wobec
komunistycznych władz Wikariusze Kapitulni. Blachnicki czynnie przeciwstawiał
się ich posunięciom, na przykład protestował przeciwko próbie zwołania Synodu
Diecezjalnego pod nieobecność biskupów i bez zgody Stolicy Świętej. Nic wiec
dziwnego, że przerzucano go „z miejsce na miejsce z wiatrem wtór” po całej
diecezji.
Mimo to wciąż organizuje oazy. Poświęca na nie własny urlop i finansuje je z
własnych, skromnych wikariuszowskich zarobków. Raz nawet by pokryć koszt
wyżywienia którejś grupy oazowej, sprzedaje materiał, przygotowany na nową
sutannę. Czyż nie przypomina się święty Franciszek.
Ruch oazowy okrzepł już wówczas. Od iskierki zapaliły się płomyczki, początkowo
wątłe, ale potem, zwłaszcza po Październiku, było to już całkiem spore ognisko.
Dziś przemieniło się w pożar serc, burzę ogniową nie do ugaszenia.
Koniec lat pięćdziesiątych, to czas nowej, wielkiej akcji, znów jakże bliskiej
ideałom harcerskim. Powstaje w kurii katowickiej Apostolat Trzeźwości,
przekształcony potem w ogólnopolską „Krucjatę Wstrzemięźliwości”. Centrum mieści
się w niepozornym baraku przy ulicy Jordana 18 w Katowicach, stąd płyną na cały
kraj niezliczone broszury i ulotki. „Krucjata Wstrzemięźliwości” jest społecznym
ruchem odnowy moralnej, opartym na duchowości O. Maksymiliana Kolbego, postaci
jakże bliskiej Blachnickiemu. To pierwszy i długo jedyny masowy ruch laikatu w
państwie komunistycznym. W 1960r. skupia sto tysięcy dorosłych działaczy, nie
licząc rzesz młodzieży, wydaje dodatek do „Gościa Niedzielnego”, dwutygodnik pod
tytułem „Niepokalana zwycięża” w nakładzie 120 tys. egzemplarzy. Lata 1958 -
1960 to jedyny okres w dziejach PRL, kiedy spadło spożycie alkoholu. Koniec
następuje niespodziewanie. 29 sierpnia 1960r. barak przy Jordana zostaje
otoczony przez uzbrojone oddziały milicji. Rewizja trwa od 10 rano do 1 w nocy.
Ksiądz Blachnicki nie godzi się dobrowolnie opuścić siedziby Centrali - zostaje
wyniesiony siłą. Jednocześnie następują rewizje w innych ośrodkach na terenie
kraju. W marcu następnego roku organizator „Krucjaty Wstrzemięźliwości” zostaje
aresztowany. Akt oskarżenia zarzuca mu „uchylanie się od przewidzianego przez
przepisy nadzoru nad publikacjami i ich kontroli”. Na dodatek dopatrzono się, że
„w niektórych wydawnictwach, poświęconych rzekomo wyłącznie katolizacji czy
walce z plagami społecznymi, treść zawierała mniej lub bardziej wyraźne
wypowiedzi, przedstawiające w niekorzystnym świetle poczynania, względnie
osiągnięcia Polski Ludowej. Świadczy o tym sama treść przytoczonych wyżej
publikacji, jak np. wprowadzenie kultu Matki Boskiej Fatimskiej, patronki b.
Armii hitlerowskiej”.
Wyrok zapada w procesie przed Sądem Wojewódzkim w Katowicach i opiewa na 13
miesięcy więzienia, wprawdzie w zawieszeniu na trzy lata ale trzecią część kary
ks. Blachnicki i tak odsiedział w czasie trwania śledztwa. Ukarany został -
zgodnie z sentencją wyroku - nie za działalność religijną, lecz za
„rozpowszechnianie fałszywych wiadomości o rzekomym prześladowaniu Kościoła w
Polsce”. To tak, jakby kogoś pobito, bo kłamie, że go biją.
Ostatnie słowo oskarżonego w procesie: „Nie proszę o łagodny wymiar kary, bo z
punktu widzenia sprawy, którą reprezentuję, im większy wyrok, tym lepiej”.
Sąd w uzasadnieniu wyroku stwierdził: „Działalność oskarżonego była dobra i
pożyteczna dla społeczeństwa”. No, za coś takiego przykładna kara się należy.
Tymczasem spożycie alkoholu w Polsce znowu zaczęło wzrastać. Lata 1961 - 1981 to
okres pracy naukowej Blachnickiego a jednocześnie czas olbrzymiego rozwoju ruchu
oazowego. Można by napisać o tym książkę, albo naukową dysertację, ale oazami
zajmować się nie będę, nie jestem w tej dziedzinie kompetentny. Krótko więc, już
tylko na zakończenie, podzielę się wrażeniami wyniesionymi z wizyty w Centralnej
Diakonii Jedności Ruchu „Światło-Życie” na Kopiej Górce w Krościenku n.
Dunajcem. Jest tam centrum oazowe. Duży dom, rozbudowany z drewnianej chałupki,
kaplica Chrystusa Sługi, Namiot Światła, amfiteatralny Zbór im. Jana Pawła II na
3 tysiące miejsc. Wszystko to powstało z niczego i bez pieniędzy. Oczywiście
także bez „wymaganych zezwoleń”. Wszelkie budowy wielokrotnie przerywano i
komisyjnie pieczętowano.
A jednak są. Stoją. Działają.
A przede wszystkim istnieje potężny, prężny ruch o szczytnych ideałach, który
nie czeka na wytyczne, decyzje, priorytety, zezwolenia i budżety. Po prostu
działa i rośnie. Dlatego nie muszę się chyba silić na mozolne wykazywanie, że „Blachnicki
wielkim wychowawcą był” - fakty przemawiają za siebie.
Wszyscy, którzy go znali, twierdzą zgodnie: była to jedna z największych postaci
współczesnego Kościoła polskiego. Wybitna indywidualność, siła witalna, człowiek
z charyzmatem. Nie istniało dla niego nic niemożliwego. Niejednokrotnie nawet
jego najbliżsi współpracownicy, przerażeni ogromem piętrzących się trudności,
opuszczali ręce. Ks. Franciszek uśmiechał się wówczas pogodnie i przekonywał:
- jeśli to, co robimy, miłe jest Bogu, musi się udać!
- jeśli Bóg chce, abyśmy to robili, pomoże i środki się znajdą!
- że ten i ów jest przeciw nam? że nam grożą? Czego się boicie? Przecież oni
mogą nas najwyżej zabić, nic więcej nam nie zrobią!
Paweł Wieczorek
|