|
Rok temu rozpisano nawet ankietę na ten temat i skierowano ją do mieszkańców.
Rada Miejska pod koniec 2003 roku, po pierwszym czytaniu projektu budżetu,
postanowiła nie przeznaczać na ten cel żadnej kwoty. „Dni Gwarków” w następnym
roku się jednak odbyły, pochód się udał, pogoda dopisała, ludzi było mnóstwo.
Skąd więc biorą się te nieprzychylne imprezie głosy i opinie? Myślę, że pochodzą
one od osób, dla których „Gwarki” to coś więcej niż kolejna pozycja w kalendarzu
rozrywkowo-kulturalnym.

Coraz mniej tarnogórzan zdaje sobie sprawę z ogromu przedsięwzięcia, jakim
prawie 50 lat temu było stworzenie corocznej imprezy kulturalnej i promocyjnej
pod nazwą „Dni Tarnogórskich Gwarków”. Stowarzyszenie Miłośników Ziemi
Tarnogórskiej dokonało rzeczy prawie niemożliwej. Organizacja społeczna –
garstka zapaleńców, wykreowała coś, co rozmiarami, atmosferą, poziomem
scenariusza prześcignęło wszystko, co działo się w tej materii w socjalistycznej
Polsce. Skromny Komitet Organizacyjny zaprojektował i dał uszyć setki kostiumów,
czuwał nad przebiegiem kilkudniowej imprezy, zaangażował czołowych artystów. Sam
pochód historyczny i sprawy z nim związane, to odrębna opowieść. Udział w
pochodzie był zaszczytem. W stroju burmistrza Gruzełki kroczył aktualny włodarz
miasta, w szaty dawnych rajców ubierali się radni, a nie tak jak dzisiaj –
pierwszy lepszy nastolatek. Role Marysieńki, Sobieskiego, Sedlaczka i innych
przypisane były do konkretnych osób na wiele lat, i nie były to osoby
przypadkowe.
Był to więc spektakl barwny, pouczający, promujący historię miasta, a z uwagi na
biorące w nim udział osoby – wesoły, towarzyski happening. Jednocześnie tak
oryginalny, że potrafił ściągnąć turystów z daleka. Nic więc dziwnego, że we
wszystkich zakątkach kraju, miasto nasze kojarzone było natychmiast z „Gwarkami”
( i z „Sedlaczkiem”- ale to już inna historia). Aktywność mieszkańców nie
ograniczała się do uczestnictwa w pochodzie i współorganizacji „Dni
Tarnogórskich Gwarków”. Społeczną także inicjatywą utworzono Muzeum, otwarto
Kopalnię Zabytkową i Sztolnię Czarnego Pstrąga. Na cały Śląsk zasłynął klub
dyskusyjny „Inter – Club”, później o nazwie „Czarny Pstrąg”, rozsadnik kolejnych
pomysłów kulturalnych. Jeśli dodamy, że wrzesień obfitował wtedy w wystawy nie
tylko plastyczne, pokazy filmów, sesje naukowe, oczywistym wyda się fakt, że
przez dziesiątki lat Tarnowskie Góry promieniowały kulturalnie na cały Śląsk, a
poczynania ich mieszkańców (co także, choć przy mniejszych zasługach, obejmowało
władze) były stawiane za wzór.
Zabytkowe miasto pełne twórczego fermentu – „ mały Kraków”. Co pozostało z tych
lat, z tej atmosfery? Z klimatu sprzyjającego kulturalnym pomysłom i społecznym
inicjatywom nie pozostało nic. Na papierze coraz większy nacisk kładzie się na
współpracę z organizacjami pozarządowymi ( społecznymi), w praktyce pozostawione
są same sobie. Mieszkańców ogarnęło zniechęcenie i apatia. Nie bez wpływu (
chyba decydującego) jest tu sytuacja polityczna i gospodarcza. Trudno poświęcać
swój czas dla idei, gdy w każdej chwili można stracić pracę. Czy warto włączać
się w realizację szczytnych zamierzeń, gdy wokół panoszy się fałsz i korupcja?
Zadłużone miasto nie jest w stanie być mecenasem kultury z prawdziwego
zdarzenia.
Pod tą warstwą rezygnacji i obojętności dostrzec można jednak pokłady ludzkiej
aktywności i chęci do działania. Kilka społecznych inicjatyw ( jak chociażby
Stowarzyszenia „Serdeczni”, czy „Śląskiego Dzwonu Nadziei”) pozwoliło
zasygnalizować te źródła energii. Aby je wyzwolić ku większemu pożytkowi,
potrzebny jest potężny impuls. I postawa władz powiatu i miasta bardziej
przychylna ciekawym i nietuzinkowym pomysłom.

Pozostały wszak „Gwarki”. Z niepowtarzalnego jednak gdzie indziej, imponującego
święta miasta, stały się imprezą jakich wokół wiele. Z wyjątkiem pochodu. Choć i
w innych miastach zaczynają w dniach ich święta przeciągać korowody – nasz, i ze
względu na tradycję, i ze względu na rozmiary, nie ma jeszcze sobie równych. Nie
staje się jednak coraz lepszy, mało tego, jego część historyczna, z braku
strojów, rekwizytów – krótko – pieniędzy, z roku na rok jest coraz skromniejsza.
Trzy dziewczyny na koniach w rozlatującej się misiurce i z wystrzępionymi
skrzydłami są - wobec kilkudziesięcioosobowego oddziału wąsatych husarzy sprzed
iluś tam lat – wymownym symbolem. To, że tegoroczny pochód spotkał się z
pochlebnymi opiniami i trwał bardzo długo, to zasługa młodzieży i jej
pomysłowego, żywego przedstawienia krajów Unii Europejskiej. Wróćmy w nim jednak
do tego co najważniejsze, co jest istotą „Gwarków” i pochodu: do atrakcyjnego i
czytelnego ukazania historii naszego grodu.
Powie ktoś: jak uformować korowód historyczny składający się z wyrazistych grup
tematycznych w sytuacji, w której kostiumów ubywa, a na ich zakup, czy uszycie
nie ma pieniędzy. Przedstawiam więc konkretną propozycję: widziałem poza Polską
sporo pochodów historycznych. We wszystkich poszczególne fragmenty organizowane
były, sponsorowane i firmowane przez przedsiębiorców, dzielnice, instytucje.
Jestem przekonany, że w atrakcyjnym przygotowaniu części pochodu obrazującej
tragiczny okres w historii miasta – czas pożarów, epidemii i głodu, znaczący
udział wezmą strażacy i przedstawiciele środowiska medycznego. Pamiętam, jak
chcąc przedstawić w pochodzie najnowszą historię miasta – lata stanu wojennego,
udałem się do komendanta policji (jeszcze rok wcześniej – milicji). Z ochotą
wziął na siebie trud wypożyczenia mundurów i „akcesoriów” ZOMO i przyoblekł w
nie swoich funkcjonariuszy. Nie była to łatwa decyzja. Wywołała jednak
oczekiwany efekt – zaświadczyła o więzi nowych służb ze społeczeństwem i
stanowiła okazały (choć szokujący), fragment pochodu. Biorąc pod uwagę ilość
widzów i stałą jednak obecność ekip telewizyjnych, nie przewiduję większych
trudności w pozyskiwaniu sponsorów i w stworzeniu oryginalnego i niespotykanego
gdzie indziej widowiska. Pod jednym wszakże warunkiem: że w organizację „Dni
Tarnogórskich Gwarków” włączą się powszechnie mieszkańcy miasta, że wezmą w nich
aktywny udział. Czy przybierze on formę uczestnictwa w zabawach w strojach z
epoki, jak dzieje się to we włoskich miastach i na zachodzie Europy – to zależy
już od samych mieszkańców i wybranego przez nich Komitetu Organizacyjnego.
Pieczę zaś organizacyjno-prawną i finansową sprawować powinno Starostwo
Powiatowe i Urząd Miasta Tarnowskie Góry. Może taki sposób organizacji „Gwarków”
będzie tym przysłowiowym impulsem, który nie tylko uświetni tę tradycyjną
imprezę, lecz także wyzwoli aktywność i inicjatywę tarnogórzan. Bez niej bowiem,
jak zaświadcza o tym historia i konkretne przykłady, nie ma szans, by miasto
wydobyło się z oparów przeciętności i stagnacji, w jakich tkwi z górą 20 lat. Z
pozycją miasta jako jednego z ośrodków kulturalnych w regionie rzecz się ma tak
- jak z restauracją „Sedlaczek”. Z renomowanego i stylowego lokalu zostało to,
co każdy widzi.
Tekst ten dedykuję Stowarzyszeniu Miłośników Ziemi Tarnogórskiej z okazji
50-lecia. Jeśli gdzieś jeszcze wygłaszane są opinie komplementujące miasto i
jego mieszkańców, to jest to wyłącznie Jego zasługa. Pozdrawiam też członków
Związku Górnośląskiego, którzy w początkach lat 90-tych wraz ze Stowarzyszeniem
organizowali społecznie, bez grosza dotacji ze strony miasta „Święto Gwarków” (
w tym raz dwutygodniowe). Serdecznie zapraszam do dyskusji. Temat – choć
dotyczący jednej imprezy kulturalnej, posiada więcej znaczeń i ma istotny wpływ
na dalszy rozwój miasta, kształtowanie jego wizerunku – na pogodniejsze w nim
życie.
Jan Hahn
fot. ze zbiorów autora
|