|
Nasz Dom na Ratuszowej 7
Publikujemy dalszą część wspomnień Pana Konrada Olescha, tarnogórzanina, który po II Wojnie Światowej został zmuszony opuścić Tarnowskie Góry
Co jeszcze pozostało w mojej pamięci to przenoszę na papier z tą myślą, że jeszcze są niektórzy co sobie przypomną te nazwiska.
Staniczek, Fitschulke, Kalleta, Hanke, Heliosz, Krett, Panowski, Melcer, Rutkowski, Sedlaczek, Seifert no i Ferenc. Dla nas na ulicy Ratuszowej to były niby symbole, to samo, co dla Wiednia ich Prater lub Paryża wieża Eiffla.
Staniczek znany był jako bardzo dobry szewc. Fitschulke jako wyśmienity murarz, Kalleta Jerzy jako dobry muzyk, Hanke jako dobry piekarz, i konkurent dla Balli, Heliosz jako bajeczny szewc, Krett, jako dostawca wszelkich materiałów żelaznych i budowlanych w tych czasach. Panowski towary żywnościowe i nie tylko, Melcer nanosił życie miasta na fotografię, Rutkowski dbał o dobry nastrój duszy jak i Sedlaczek, Kandzia który niestrudzenie wymieniał potłuczone szyby, no i Ferenc który dbał o
przyzwoity wygląd naszych głów.
W pamięci pozostał mi obraz pewnej dziewczynki z Ratuszowej 5 o nazwisku Polak. Genia, Alicja, Anna, albo Ala, imienia już nie pamiętam, ale pamiętam że zawsze przyglądała się naszej zabawie, ale nigdy nie brała w niej udziału.
Mieszkańcy tego domu do 1939 roku.
Parter
Państwo Kalleta, syn Jerzy, córka Teresa
I piętro
Państwo Staniczek / Kuzaj
P.Staniczek miał jeszcze jeden dom przy ulicy Gliwickiej, gdzie miał swój sklep i warsztat szewski.
II piętro
Państwo Stefanik, mieli trzech synów i dwie córki. Reinhold został lekarzem, jego brat Walter został księdzem, Heinz bokserem ale los Zitty i Hildy, jest mi nieznany.
III piętro lewa strona
Państwo Bies. On oficer przy ułanach. Mieli dwóch synów, Jóźika i Antka.
Z Józika my się zawsze śmiali bo miał ciągle pełne spodnie. A jak my się go pytali dlaczego on to robi, to powiedział, że to jest tak fajnie ciepło.
Prawa strona
Państwo Milewski, posiadali mały sklepik - lodownię, przy Kościele św. Piotra i Pawła.
Na wprost
Państwo Fitschulke. Mieli 5 córek (Helena, Anna, Gustel, Rozalia, Elisabeth) i jednego syna Wilhelma.
Okres 1939-45
Na parterze P. Kalleta
I piętro P. Staniczek / Kuzaj
II piętro P .Zok syn Heinz, córka Renate.
III piętro lewa strona P.Gryska, synowie, Heinz i Hartmut
Na wprost P. Fitschulke
Prawa strona P.Milewski
Poza tym nic się nie zmieniło, za wyjątkiem Państwa Bies, ci ciągnęli na wieś do swoich rodziców, a na ich miejsce przyszli Gryskowie, oraz Państwo Stefanik przenieśli się na ulicę Opolską, róg Ratuszowej, a na ich miejsce przyszli Państwo Zok.
Po wojnie od 1945
Na parterze
Pan Kalleta Jerzy mieszkał teraz na parterze. On był kaleką i miał 4-ro osobową orkiestrę. Zawsze transportowałem jego instrumenty muzyczne na miejsce zabaw w małym wózku drabiniastym. Gdy była zabawa w mieście, to już o godzine 19.00 musiałem być na miejscu, a rano o godz 5.00 by znowu wszystko do domu zatransportować. Ale jak była zabawa w okolicznych wioskach to już o godzinie 18.00 musiałem być w drodze i do domu nie wracałem, tylko zostałem na miejscu i się nudziłem przyglądając, jak to
pijane towarzystwo najpierw bawiło a potem biło i to nieraz tak, że z tej sali nic nie pozostało za wyjątkiem złomu. A powodem tych bitew byli przeważnie ormowcy, pomocnicy tych mundurowych milicjantów, w tych czasach cywile z czerwonymi opaskami.
I piętro
Państwo Zawadzki /Oficer Armii Ludowej,/ wywłaszczył rzekomo Pana Staniczka. Polak polakowi był wrogiem po tej strasznej wojnie.
Tak mówiono między mieszkańcami.
II piętro
Państwo Zok
III piętro na lewo
Państwo Gryska dwóch synów, Heinz i Hartmut.
III piętro na prawo
Pani Kalleta, matka z córką Teresą.
III piętro na wprost
Państwo Fitschulke. Tutaj się dużo zmieniło. Dziadek Fryderyk umarł w 1943 r. Córka Helena umarła w 1944r. Gustel w 1947 r., Anna w 1948 r. Syn Wilhelm zginął w Rosji jak go po wojnie Rosjanie internowali na roboty. Przy życiu pozostali babcia Agnes, cztery sieroty po córce Helenie, córka Rozalia z jej synem Wolfgangem.
-------------------------------------------------------------------------------
Naprzeciw domu nr. 7 na Ratuszowej, stał dom ubogiego szewca Heliosza.
Heliosz miał syna Huberta, który stale był bezrobotny, oraz córkę Milka, która znowu za dużo roboty miała.
Przed domem od Staniczka na Ratuszowej od strony ul. Gliwickiej, był magazyn od P.Kretta gdzie na ulicy Zamkowej miał duży sklep z artykułami żelaznymi.
Na rogu ulicy Gliwickiej z Ratuszową stał dom od Piekarza Balli. Balla graniczył z domen od P. Malaki i na Gliwickiej od P. Stencla.
Przez podwórko, tylnym wejściem z domu nr.7 weszło się na ulicę Kościelną, gdzie stał ten duży Sedlaczkowy spichlerz win, a za tym spichlerzem ta duża Synagoga.
Pamiętam jak dziś, jak się ta Synagoga paliła.
Dziadek mnie wziął pod pachę i zasmyczył na dach domu gdzie już inni mieszkańcy byli i cały rząd wiader z wodą stał w pogotowiu, bo setki iskier fruwały w powietrzu, jak robaczki świętojańskie. Dyskutowali o rzekomo zbliżającej się wojnie, i za karę tą żydowską świątynię zapalono, bo niby żydzi są tymi zbrodniarzami wojennymi.
Panowski też był żydem i zawsze jak szedłem z babcią na zakupy to dostawałem smakołyki i to za darmo. Więc dla mnie ci żydzi nie byli zbrodniarzami. Również winiarnia Rutkowski Pod Sieniami pozostała w mojej pamięci bo tam zawsze dostałem słodki soczek owocowy, i to w kieliszku, a dziadek w tym czasie grał w bilarda.
A jak nieraz ćwiczyliśmy celność rzutu kamienia, i zamiast w butelkę która stała na rampie spichlerza trafiliśmy w szybę co nie było naszą winą, tylko tego kamienia, bo celowaliśmy w tę butelkę, to potem poszliśmy Pod Sienie do szklarza Kandzi z prośbą o nową małą szybkę i to kolorową.
Ul. Ratuszowa ma swoją własną historię z dobrymi i złymi wspomnieniami.
Przed wojną zawsze 3-go Maja, powiewała pięciometrowa chorągiew biało czerwona, z okna na strychu a my dzieci zbieraliśmy rozrzucane cukierki na rynku, gdzie zawsze się odbywała jakaś manifestacja.
A w czasie wojny?
Pamiętam że było jakieś święto, albo urodziny Hitlera, tego już nie pamiętam, ale w czasie wojny było obowiązkiem flagi porozwieszać z okien, co też mieszkańcy musieli wykonać, bo w przeciwnym razie, zaraz były upomnienia na miejscu. Tak jak za komuny.
Ja z kuzynem w tym czasie, jak to chłopcy, kontrolowaliśmy na strychach skrzynie, gdzie lokatorzy swoje chwilowo niepotrzebne rzeczy przechowywali.
I co nam się podobało to zabieraliśmy ze sobą. Ale przeważnie były to obrazki co w papierosowych pudełkach były, lub obrazki od aktorów filmowych jak i obrazki ptaków oraz kolorowe perełki, potrzebne do wymiany między kolegami.
I o dziwo w jednej skrzyni znaleźliśmy polską flagę narodową co Pan Staniczek zawsze z okna wywieszał jak było polskie święto narodowe.
Ale tutaj był rok 1943.
Mój kuzyn wpadł na myśl mówiąc do mnie, czemu ma tutaj ta chorągiew leżeć w skrzyni jak wszystkie chorągwie powiewają na wietrze, a że jest tylko biało czerwona, to żaden dla nas problem. Ten czarny kolor dorobimy sadzami które są pod dostatkiem w kominach.
To była dla nas ciężka praca tę flagę sadzami pomalować. Ale to malowanie wyglądało tak, jakby wrony przez te białe pole maszerowały.
Potem nie myśląc nic złego, wywiesiliśmy tę flagę z okna na strychu i zadowoleni wróciliśmy do domu.
Po jakimś czasie ulica Ratuszowa była na ustach całego miasta.
Gestapo w swoich zielonych wozach też się pojawiło, bo polska chorągiew powiewała między tymi z hakenkreuzami.
Szupoki chodzili z domu do domu i szukali winowajcy.
A my dwaj, jak tylko babcia nas zobaczyła z tymi brudnymi rękami z sadzy, zaraz nas podejrzewała i zaczęła myć i od czasu do czasu dostało się coś po uszach.
A ci kontrolerzy byli już na naszym piętrze, więc nic, tylko musieliśmy z kuzynem wleźć pod pierzynę i udawać chorych. Każdy z nas dostał na czoło mokrą chusteczkę, która miała niby tę gorączkę obniżyć a na te jeszcze nie umyte ręce musieliśmy rękawiczki ubrać, to też pocenie się, było już zaprogramowane, razem ze strachem.
Jak nas ten szupok zobaczył w łóżku, to nam życzył szybkiego powrotu do zdrowia, a że my już lanie dostali od rodziców, tego to już nie wiedział.
Ludzie już żałowali „tych” co tę flagę wywiesili i mówili, że wylądują w więzieniu lub w lagrze.
I mieli rację, bo po wojnie rzeczywiście wylądowaliśmy w lagrze lasowickim.
Konrad Olesch |