|
Renata a sprawa Śląska
Gdyby nie było Renaty M. - nauczycielki z Sosnowca, uczącej w Mysłowicach - należałoby ją wymyślić (trawestując słynne powiedzenie). Być może uczyniła to redakcja „Dziennika Zachodniego”. Jeśli jednak Renata jest człowiekiem z krwi i kości, to na jej miejscu ujawniłbym się natychmiast. Popularność, jaką tym czynem by zyskała, zapewniłaby jej karierę i dostatnią przyszłość. Pod warunkiem, że nie będzie przekraczać Brynicy i Czarnej Przemszy.
Od kilku tygodni na stronach dziennika pojawiają się głosy oburzonych treścią jej listu do redakcji czytelników. Być może jest to sposób na odciągnięcie uwagi od innych nabrzmiałych i aktualnych problemów - faktem jest, że tajemnicza Renata, obok prezesa Hoppe, nieskutecznie rozjeżdżającego prywatnego detektywa, jest najbardziej bulwersującą postacią na Górnym Śląsku. Nie zamierzam w tym miejscu przyłączać się do sporego już grona wstrząśniętych i poruszonych (ostro
protestowałem ostatnio na forum przeciwko próbie „zajęcia wspólnego stanowiska”). Wręcz przeciwnie - ja chcę Pani Renacie podziękować!
Pani Renata z odważną bezkompromisowością odsłania nam prawdy, o których się zapomina, lub które próbuje się zmienić. Dzielna nauczycielka jednocześnie stara się nam oznajmić: ludzi o podobnych poglądach są tysiące, tylko nie mają odwagi publicznie ich wyrazić. I za to chociażby zasługuje na uznanie. Prywatnie jestem jej wdzięczny za to, że utwierdziła mnie w moich przekonaniach i swoją postawą uwiarygodniła tezy mojego tekstu zamieszczonego w niniejszym „Montesie”.
Ażeby uniknąć sytuacji, w której czytelnik zmuszony byłby przerwać lekturę tego felietonu (mam nadzieję, że z żalem), z powodu nieznajomości tematu, streszczę króciutko list, który wywołał tyle zamieszania: Renata (nazwisko znane lub nieznane redakcji) jest nauczycielką mieszkającą w Sosnowcu. Pracę znalazła w Mysłowicach (za miedzą, jak to się mówi, w tym przypadku za rzeką). Chciała się odpowiednio przyłożyć do roboty, ale nie było do czego. Element zasiadł w ławkach (czy raczej - przy
stolikach) straszny: język i słownictwo ohydne (tu cytuję: „same słowa na „k” i „h”...” - tu Renata mimowolnie zdradza informację, że nie jest polonistką, a jeśli tak, to nie najlepszą z ortografii), takoż wygląd i zachowanie. Ponieważ jest pedagogiem, w mig zorientowała się, że młodzież pochodzi z rodzin biednych i pozbawionych źródeł utrzymania. Doszła jednak do wniosku i stwierdziła to w swym liście, że rażące braki w wychowaniu biorą się z tego, że wychowanie to było tradycyjnie śląskie. W
Zagłębiu szkoły także są w biedniejszych dzielnicach, ale kudy im do takiego chamstwa! Podobne spostrzeżenia poczyniły i inne jej koleżanki mieszkające w Zagłębiu i uczące na Górnym Śląsku - dlatego pisze. List zresztą nosi tytuł nie pozostawiający złudzeń co do intencji autorki: „Zdemoralizowany Śląsk i jego dzieci”.
Renata daje świadectwo istnieniu kilku podstawowych prawd (nazwijmy je może mniej kategorycznie - zjawiskami): Pierwsza (socjologiczna) - należy zdawać sobie sprawę z różnic dzielących Górnoślązaków i Zagłębiaków. Różnice te biorą się z przyczyn niezależnych od nas (piszę o tym obok) i nie zniweluje ich wspólne województwo, interesy i jednakowo trudna sytuacja gospodarcza. Prawda ta nigdy nie powinna i teraz i w przeszłości umykać z uwagi odpowiedzialnym za politykę kadrową. Uniknęłoby się wtedy
wielu koszmarnych błędów okupionych śmiercią i cierpieniem wielu Ślązaków (za czasów Aleksandra Zawadzkiego), lub sprowadzeniem rodzimej ludności do roli służebnej (w okresie panowania Zdzisława Grudnia). Instytucje kościelne mianując swych duszpasterzy mają to na względzie od tysiąca lat i można być przekonanym, że czynią to z bardzo ważnych przyczyn, przekonane o pożytkach z tego płynących.
Druga (ekonomiczna) - Renata potwierdza fakt, że bardzo wielu mieszkańców Zagłębia bez trudu znajduje pracę na Górnym Śląsku. Wiadomo (i znajduje to swój wyraz w wielu listach związanych ze sprawą), że sytuacje odwrotne zdarzają się rzadko. Co prawda czasy, gdy Ślązak na kierowniczym stanowisku trafiał się rzadziej niż okoń w Brynicy, a matki, chcące zapewnić dzieciom karierę, jechały rodzić do Sosnowca, Będzina lub Dąbrowy Górniczej (nie chodziło o wysoki poziom sztuki medycznej, lecz o wpis do
dowodu), minęły, to jednak jeśli chodzi o stanowiska i funkcje przydzielane w Warszawie, rzecz ma się zastanawiająco podobnie. Na osobną uwagę zasługuje sprawa obsady stanowisk militarnych i paramilitarnych. Ilu Ślązaków jest dowódcami garnizonów, jednostek wojskowych, szefami policji i straży pożarnej? Może gdzieś trafi się taki ewenement, w każdym bądź razie w naszym powiecie i w przyległych nie ma takiego przypadku. O czym to dowodnie świadczy? Bo przecież najbardziej cyniczny z decydentów
nie powie, że Ślązacy nie zdobywają szlifów oficerskich w armii, straży pożarnej, czy w policji!
Zresztą nie chodzi w tej kwestii tylko o Zagłębie, czy ludzi z warszawskiej centrali. Od dawna już gromy na Ślązaków padają ze strony przedstawicieli „siłą zagarniętych województw” - bielskiego i częstochowskiego.
Po trzecie - jeśli chcemy dalej wierzyć, że szkoła spełnia w znacznej części funkcję wychowawczą, to należy skończyć z serialem o żenującym poziomie pod tytułem: „reforma edukacji”. Matczyny uśmiech minister Łybackiej (od ros. „ułybka” - uśmiech) nie złagodzi trwożnych obaw, jakie wywołuje jej nowy projekt reform. Wszyscy specjaliści zgodnie wskazują na dwa, najważniejsze jego aspekty: dalsza, posunięta już do granic absurdu centralizacja systemu szkolnictwa i pozbawienie władz samorządowych
wpływu na funkcjonowanie szkół. Starosta i burmistrz bez zgody kuratorium nie będzie mógł na przykład zatrudniać (lub zwalniać) dyrektorów szkół. Ma im natomiast płacić i dbać o kierowaną przez nich placówkę. Czy możecie sobie Państwo wyobrazić sytuację, w której w naszych szkołach rządzić i uczyć będą ludzie zatwierdzani przez tak zwaną „górę”? A może jednak mam zbyt mroczną wyobraźnię?
Rola wychowawcza szkoły wzmocniona być może przez jedno proste, lecz konsekwentnie realizowane działanie: poprzez zwiększenie atrakcyjności zawodu nauczyciela, a tym samym przyciągnięcie do szkół mężczyzn! Drogie feministki! Załóżmy, że nie chodzi mi w tym przypadku o ich poziom przygotowania do zawodu, który w waszym przypadku oczywiście jest wyższy. Chodzi mi o przyziemną kwestię sprawności fizycznej. Jakiż efekt wychowawczy wywiera na ucznia szkoła opanowana przez dealerów narkotykowych,
bandy wyłudzające od słabszych pieniądze, w której nauczycielki są zastraszane i „karcone”, a w której jedynym mężczyzną jest wuefista - przeważnie zresztą dyrektor? Gdzie młody chłopak ma szukać wzorców i wyglądać autorytetów? Jedynie wśród nauczycieli, którzy wyszli z tych samych środowisk i kilka lub kilkanaście lat wcześniej przeżywali podobne rozterki. Jedyną szansą na to, by stracili swą -porażającą psychikę- moc szefowie przestępczego podziemia, rekiny biznesu i władcy szklanej menażerii,
jest szkoła, w której istnieje możliwość odnalezienia autorytetu, człowieka, który mógłby wskazać młodym drogi wyjścia, sposoby samorealizacji.
Z pewnością także grono pedagogiczne, w którym przeważać będą mężczyźni, da sobie radę z przypadkami chamstwa, przemocy i rynsztokowego słownictwa. Myślę, że przyznają mi Państwo rację, że masculinizacja zawodu nauczycielskiego zmienić może dużo. Kwestie: czy dyrektora powoływać ma kurator, czy prezydent; czy maturę będziemy zdawać w starym systemie, czy w nowym; czy do historii oficjalnie zatwierdzonych zostanie dwadzieścia podręczników, czy piętnaście; nie zmienią niczego mimo najlepszych
chęci i najpiękniejszych uśmiechów ministrów edukacji.
Jan Hahn |